Tag: artysta

Nie lubię Chopina

Nie lubię Chopina. Dlaczego? Nie wiem. Może dlatego, że wolę barokową muzykę kameralną. A jednak co pięć lat życie w październiku podporządkowuję Konkursowi Chopinowskiemu. Wydaje mi się, że dzięki temu dowiem się, co się dzieje w muzycznym świecie, jakie nadchodzą trendy, co się zmieniło i co pojawi się na salach koncertowych w najbliższym czasie.

W tym roku jurorzy zderzają się z nowymi ludźmi – a z jurorami także my. Artyści występujący w tegorocznym konkursie należą do pokolenia Y, a nawet do pokolenia Z. Aplauz dla milenialsów, wchodzą na estradę!

Na konkursach chopinowskich zawsze pojawiali się indywidualiści. Artysta, poniekąd z definicji, jest indywidualistą; kimś, kto pokazuje tłumowi, że świat można widzieć inaczej. Artystom jednak nie wszystko uchodzi płazem, choć tak mogłoby się wydawać. Artystom nic się nie wybacza, a mało który konkurs jest ciepłym miejscem dla indywidualistów, zwłaszcza konkurs poświęcony jednemu twórcy, w tym przypadku Chopinowi. Wśród grających poszukuje się kogoś, kto najlepiej odda ducha Chopina, jego zamysł twórczy, zachowując zarazem zgodność z zapisanym tekstem muzycznym, pieczołowicie odczytanym przez specjalistów. Czy jest tu zatem miejsce dla indywidualistów?

Drugie pytanie, które zadaję sobie od początku przesłuchań, to kwestia wiary w siebie, zaufania własnym możliwościom i zaufania właśnie tekstowi muzycznemu. Cechą wyróżniającą milenialsów w ujęciu Jean Twenge jest właśnie wiara w siebie. Pokolenie Ja (Generation Me) – jak zatytułowała swoją książkę – odnosi cały świat do siebie, nie tyle egoistycznie, co narcystycznie. To pokolenie wychowane nie tylko bezstresowo, ale także afirmatywnie. Słyszymy ślady tego w wypowiedziach niektórych uczestników Konkursu. Przyłapani tuż po zejściu z estrady niekiedy szczerze przyznają, że nie wszystko wyszło im tak, jak chcieli, ale są też tacy, których nie trzeba pytać, by znać odpowiedź. Widać po nich, że na scenie czują się jak w domu, że to nie publiczność syci się ich emocjami, ale oni sami pochłaniają wzrok publiczności, przetwarzając podziw w pozytywny dla siebie sposób. Są jak słońce w centrum wszechświata; nie przejmują się ani jurorami, ani tekstem muzycznym, ani nawet zaleceniami samego Chopina w zakresie choćby tempa czy rytmu, a także charakteru utworu.

W ujęciu milenialsów barkarola przestaje być miłosną opowieścią w gondoli snutą na falach weneckiego kanału, z kulminacją w uniesieniu; dzisiaj barkarola jest historią dramatyczną. Polonez nie jest zbiorowym wyznaniem dumy i znowu uniesień – tym razem nie miłosnych, lecz heroicznych i patriotycznych, jak go rozumiano w XIX wieku – staje się sposobem na zaznaczenie własnego miejsca w świecie. Wielu młodych artystów gra poloneza jako manifestację: patrzcie, to ja, to ja idę. Z dumnie podniesioną głową, ale nie „my” – jak dawniej – tylko „ja”. Najbardziej w mojej opinii transformacji uległy nokturny, bo i noc, mrok zmieniły swój charakter. Nokturny dzisiaj to romans Belli z Edwardem w „Zmierzchu”; romans pociągający, bo niebezpieczny. Strachy Chopina nie były niebezpieczne, choć wiązały się z erotyką. I czy w ogóle były to strachy? A jeśli to z tego świata, bo romantyzm Chopina odnosił się do ludzi, nie do mar i zjaw.

Mówi się o tym, że wielu artystów daje nam nie kompozytora, ale siebie – interpretacje Ivo Pogorelicia, które podzieliły jurorów w 1980 roku najdobitniej o tym świadczą.

Mówi się też o tym, że oceniający w Konkursie Chopinowskim reprezentują konserwatywne spojrzenie na muzykę. Patrząc na ostatnie konkursy trudno się z tym nie zgodzić – Rafał Blechacz (zwycięzca w 2005), Julianna Awdiejewa (zwyciężczyni w 2010) nie są muzykami przełomowymi. Oboje reprezentują bardzo wysoki poziom, ale mieszczą się w granicach percepcji przeciętnego amatora klasyki. Ale jeszcze w 1995 roku ujawniła się ambiwalencja jurorów: nie przyznali pierwszej nagrody, za to drugą podzielili między akademickiego (i gładkiego, zarówno na buzi, jak i klawiaturze) Philippe’a Gusiano oraz Aleksieja Sułtanowa, porywczego, szalonego, nieokiełznanego rosyjskiego arcymistrza fortepianu rodem z Taszkientu. Pierwszy dawał Chopina takiego, jak prezentuje się dzieciom w szkole: „Oto, co Chopin chciał nam przekazać: nostalgia, zabawa salonowa, styl brillant, głębokie przeżycia” itd., itp. Drugi, Sułtanow, zmuszał do zajrzenia we własne trzewia: kim jestem? kim ja jestem? – pytałam sama siebie, słuchając jego kolejnych prezentacji.

Sułtanow mówił nam więcej o nas niż o samym Chopinie, choć poruszał się w granicach tych samych uczuć co jego towarzysz na podium: tęsknota, samotność, rozdarcie… Te uczucia, jestem tego pewna, sprowadziły na niego przedwczesną śmierć, nie da się żyć z tak silnymi emocjami; Sułtanow bezskutecznie poszukiwał odpowiedzi na pytania zadawane przez Chopina, zdając sobie sprawę z tego, że ich nigdy nie znajdzie.

Różnica między dramatem Sułtanowa – przyznaję, dla mnie czytelnym dramatem, takim, z którym mogę się utożsamiać – a dramatem podawanym nam dzisiaj, w XVII Konkursie, przez przedstawicieli kolejnego pokolenia, mieści się właśnie w stawianiu pytań. Oryginalny Łotysz Georgijs Osokins nie pyta „o dramat”. On krzyczy: „Czy widzicie mój dramat?”, a to, czy go dostrzeżemy, już go nie interesuje. Wystarcza mu ocieranie się emocjami o emocje, jednokierunkowa eskalacja uczuć. Szalona Alexia Mouza idzie krok dalej: dostrzegła w muzyce Chopina smutek, zrobiła z niego tragedię i bez zastanowienia za tą nutą podąża, z obojętnością traktując publiczność – jesteście albo ze mną, albo nie. Czy jesteśmy z nią, nie ma dla niej znaczenia, bo ja – znowu to „ja” – jestem tu, gdzie jestem, patrzcie na mnie. Do tego oboje, Osokins i Mouza, są całkowicie pewni tego, co robią. Oboje mają własne zaufanie i charakteryzuje ich samouwielbienie. Są najbardziej jaskrawym przykładem takiej postawy w grupie uczestników II etapu, ale trudno znaleźć pianistę w tym gronie, który nie miałby cech przypisywanych milenialsom. Cóż z tego, że Chopin nie używał staccato – leży ono w moim charakterze i… „nie zawaham się go użyć”. Dramat Chopina nie był agresywny, za to ja jestem agresywny, nie mogę tego nie pokazać. Gram to, co rozumiem w Chopinie, nie bacząc na to, co przez to rozumiał sam Chopin. Mamy do czynienia z remiksem na żywo, czy jesteśmy na to gotowi?

Przepaść między pokoleniem jurorów a uczestników konkursu zdaje się w tym kontekście znacznie większa. Artysta ma porywać, ale musi się mieścić w ramach narzucanych przez konkurs; tymczasem zdecydowana większość uczestników wystaje poza te ramy. I ogromnie się z tego cieszę! Kręci mnie ekspresjonistyczne podejście Osokinsa, kręci mnie poszukiwanie przez Krzysztofa Książka, artystę o niebywałej fantazji muzycznej, własnego klucza do tekstu Chopina. Opowiadał w balladzie piękną historię, zupełnie dotychczas nam nieznaną i kompletnie niezwiązaną z Chopinem (!), w pełni bezpretensjonalną, w stylu „nic nie muszę”, bo milenialsi nie muszą… Uprzejmie nas do tego świata zaprasza, a ja z radością z tego zaproszenia korzystam. Kręci mnie wreszcie amerykański Chopin Erika Lu, udowadniającego, że polski kompozytor to pierwszy minimalista. Mazurek w jego wykonaniu był pozbawiony charakterystycznego „podskoku”, brzmiał, jak kosmiczna muzyka Nilsa Frahma, z lekkim pogłosem, dźwiękami o metalicznej barwie wyłaniającymi się znikąd i zanikającymi/urywającymi się, zostawiającymi bolesną pustkę.

Kręci mnie bezpretensjonalny Francuz, Olof Hansen, który z wdziękiem przyznaje, że nigdy nie grał na tak dużej sali, z taką publicznością, bo jego doświadczenie ograniczało się do niewielkich kościołów na południu Francji. On też „nie musi”, on wie, ma pewność tego, kim jest, jak gra i co przekazuje. Cieszy mnie wreszcie kanadyjski Chopin – Charles Richard-Hamelin pokazuje zetknięcie tych światów starego i nowego, słyszymy dramat w jego interpretacjach, ale artysta angażuje nas w te przeżycia; pokazuje ścieżkę, którą idzie i mamy szansę za nim podążyć. Może nadążyć? Nasz wybór, czy pójdziemy. Inni nam go nie dają. Może jeszcze podobnie zachowuje się Koreańczyk, Seong-Jin Cho, który jest jak lider – udowodnił to w sonacie – nie ogląda się na nikogo, zmierza w obranym kierunku konsekwentnie i można tylko się zastanawiać, czy to za nim pójdziemy, czy za kimś innym. Dokąd? Do nowego Chopina… Chopina na miarę naszych czasów, ale czy naszych potrzeb?

Trudne zadanie mają przed sobą jurorzy. Bardziej socjologiczne, a może nawet psychosocjologiczne niż muzyczne. Talentu nie brakuje na estradzie Filharmonii Narodowej – wśród 43 uczestników II etapu jest niewiele osób, których nazwisk nie będę wypatrywała na plakatach. Umiejętności techniczne to w ogóle żadna kwestia; przygotowanie zawodników – w tym kontekście tak ich można nazwać – jest w zasadzie doskonałe. Trudność zadania jurorów polega więc na tym, by przełamać lody międzypokoleniowe. Wybrać tę interpretację, która zadowoli i wilka, i owcę. I starych, i młodych. Taką interpretację, która coś nam powie i o Chopinie, i o świecie, w którym dzisiaj żyjemy – świecie indywidualistów, postrzegających każdy dramat w ich wnętrzu się rozgrywający, jako dramat wszechświata. Jest w tym coś romantycznego, nie da się zaprzeczyć.

Nie lubię Chopina. Nieprawda, znowu coś pokręciłam z przecinkami.

Nie, lubię Chopina.

 

PS. Na bis Grande Valse Brillante w wykonaniu Aleksieja Sułtanowa. Żaden z uczestników kolejnych konkursów nie zbliżył się do jego wykonania w mojej opinii. Jasna barwa, tempo, taneczność, lekkość – to wykonanie jest kwintesencją stylu brillant.

LinkedInShare