Archives for: Styczeń 2012

Manuscriptorium – wyszukiwanie bardzo starych, zdigitalizowanych dokumentów

Oglądam sobie Manuscriptorium i nawet w jednym procencie paznokcia nie przekonuje mnie interfejs tego cuda, klucza do zasobów rękopiśmiennych i starodruków, gromadzonych w ramach projektu ENRICH.

Zanim udało mi się zrozumieć, o co chodzi z tymi dziwnymi nazwami („m-tool”, „m-can” itd.), zdążyłam się dziesięć razy zdenerwować i poczuć chęć wyjścia z serwisu. Pominąć chyba muszę to, że wchodząc przez polską stronę główną, wybierając wyszukiwanie, przechodzę do interfejsu po angielsku, a już kompletnie trzeba zignorować tłumaczenie na polski, chwilami zgrzytam zębami. 

 Oto próbka tego pięknego języka: 

Projekt Manuscriptorium stwarza wirtualne środowisko badań, dostarczające dostęp do wszystkich istniejących dokumentów cyfrowych w sferze zasobów obejmujących książki historyczne (manuskrypty, inkunabuły, stare druki, mapy, statuty i inne typy dokumentów). 

Niby nic takiego, a język jednak zmaltretowany. Jeśli ładną kobietę ubierze się w paskudne ciuchy, to będzie odstręczała, nie kusiła. Polszczyzna jest piękna, można nią pisać pompatycznie, można śmiesznie, ale nie należy jej ubierać w słowa brzmiące brzydko i koślawo, bo traci cały swój urok. Tu się roi od niedoróbek językowych, co tym bardziej jest przykre, że to zasoby dla humanistów, którzy z językiem są związani, dbają o niego (a może mi się tylko wydaje…). Tłumaczę sobie to tym, że lepiej mieć „coś”, niż nie mieć „niczego”, czyli lepsza gorsza polszczyzna niż polszczyzny zupełny brak, ale nie usprawiedliwiam! 

Przemilczę więc sprawę przekładu na polski. Pytam jednak dalej, dlaczego tak ciekawy, niezwykle ważny projekt jest robiony przy pełnym lekceważeniu użytkownika, jego potrzeb, umiejętności, zmysłu estetyki? Denerwuje nie tylko niedbały język, lecz cały interfejs, zagmatwany niemożebnie. Dlaczego najważniejsze, wydawałoby się sprawy – wyszukiwanie, przeglądanie zasobów – muszą być tak szalenie skomplikowane i ukryte?

Czy naprawdę jest to tak, że tego rodzaju projekty robią ludzie dla sobie podobnych – geeków humanistyczno-technologicznych (niby ja też taka jestem…), w oderwaniu od przeciętnego amatora, który chce sobie średniowieczne manuskrypty obejrzeć, czy nawet profesjonalnego badacza, średnio posługującego się narzędziami informatycznymi i sprzętem, zainteresowanego w najwyższym stopniu zasobami? 

Czuję się powitana, pustym ekranem i lekko konsternującym widokiem licznych pól do wypełnienia, by przeszukać katalog. Zmierzę się z tym. Wpisuję „Kosmova Kronika” w pole „search”. Po kilku kliknięciach w to pole konsternacja się pogłębia, bo nie pojawia się spodziewany znak kursora, nie jestem pewna, że to, co napiszę, zobaczę faktycznie w tym polu, ale piszę (jest!), wciskam „Enter” i… nic. Chwytam za myszkę, klikam na przycisk „Search”. Są wyniki.

(Oczywiście, że są wyniki, bo wcześniej sprawdziłam, że w zasobach Manuscriptorium znajduje się odwołanie do Kroniki Kosmasa…). Klikam jak opętana, szukam, gdzie trzeba i co wybrać, żeby przejść do widoku zdigitalizowanej Kroniki, ale wszystko, co uzyskuję, to tylko to: 

Jakim cudem doszłam więc w innym miejscu do tego? 

Nie wiem. Trochę samozaparcia i mam Kronikę Kosmasa na ekranie. Jedno z najważniejszych dzieł dokumentujących wydarzenia z najwcześniejszych dziejów tego tworu politycznego, który dziś nazywamy Polską. Wielkie szczęście, iluminacja, chwila sublimacji, kontakt ze źródłem i całe zdenerwowanie mija. Czyżby? 

Pobawmy się chwilę źródłem, skoro je mamy… Przeszukuję pod kątem informacji o Polsce.

Nota o śmierci „nieszlachetnej” (ach, lubię polsko-czeskie false friends) Dubrawki, czyli Dąbrówki, a lepiej nawet Dobrawy:

W roku od wcielenia Pańskiego 977. Zmarła Dąbrówka, która ponieważ była nad miarę bezwstydna, kiedy poślubiała księcia polskiego będąc już kobietą podeszłego wieku, zdjęła ze swej głowy zawój i nałożyła panieński wianek, co było wielkim głupstwem tej kobiety.

Kosmasa Kronika Czechów, przetłumaczyła,wstęp i komentarze oprac. M. Wojciechowska, Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1968, s. 149.

Chcę zobaczyć ten tekst w cyfrowej wersji Kroniki i w panelu nawigacji po tekście (jak się domyślam) wpisuję „XXVII” – to numer odpowiedniego ustępu z dzieła Kosmasa. Otrzymuję jednak niepokojący komunikat:

Klikam na ten numer w „Table of Contents” – nie dzieje się nic. Zjeżdżam w dół dokumentu, ale takie ręczne szukanie ustępu XVII to chyba absurd, n’est-ce pas? Wybieram stare, dobre ctrl+F i wyszukuję na stronie kombinację „polsk”. Od razu trafiam do interesującego mnie fragmentu o śmierci Dobrawy. Wygląda ona tak:

Tekst jest, oczywiście, łaciński, bo w tym języku pisał Kosmas. 

Obiit Dubrauca, que quia nimis inproba fuit, iam mulier provecta etatis, cum nupsisset Poloniensi duci, peplum capitis sui deposuit et puellarem coronam sibi imposuit, quod erat magna dementia mulieris. 

Die Chronik der Böhmen des Cosmas von Prag, unter Mitarbeit v. W. Weinberger, hrsg v. Bertold Bretholz, Monumenta Germaniae Historica – Scriptores Rerum Germanicarum, Nova Series, T. II, Weidmannsche Buchhandlung, Berlin 1923, s. 49. [odczyt w internecie: Die digitalen Monumenta (dMGH): http://daten.digitale-sammlungen.de/bsb00000683/image_147]. 

Znaczy to dokładnie to samo, co po czesku – inproba to bezwstydna, stara baba, która głowę wiankiem przybrała. U Orgelbranda czytamy:

…była to niewiasta w podeszłym wieku i jak Kosmas pragski powiada, bardzo zła i przewrotna. Wbrew powadze, jaka jej przystała, kochała się w wieńcu i stroju panieńskim, a co szło zatem i w rozrywkach młodego wieku i stroju.

Jul. B. [Julijan Bartoszewicz], Dąbrówka, w: Encyklopedyja Powszechna, t. VI, Nakład, druk i własność S. Orgelbranda Księgarza i Typografa, Warszawa 1861, s. 847.

Do dziś historycy spierają się o to, ile Dobrawa miała lat w chwili zamążpójścia, co jest o tyle ważne, że jej wiek, jej zachowanie, postrzeganie jej w tamtym czasie mogło mieć wpływ na sukcesję Bolesława, później nazwanego Chrobrym, jej syna. 

Oglądanie Kroniki Kosmasa to duża przyjemność, choć pamiętać trzeba, że nie jest to bynajmniej egzemplarz, który spod ręki Kosmasa wyszedł. Zachowało się 15 kopii rękopiśmiennych z XII i XIII wieku (Kosmas najprawdopodobniej spisał ją u schyłku swego życia, w latach 1119-1125).

Sam Kosmas był kanonikiem praskim, miał żonę o imieniu Bożeciecha (to czasy jeszcze sprzed wprowadzenia celibatu) i dopiero pewien czas po ślubie przyjął święcenia kapłańskie. Celibat jako zasada obowiązująca prezbiterów, diakonów i subdiakonów został wprowadzony w 1123 roku na soborze laterańskim I. Kanoników (czyli osoby żyjące według reguł kanonicznych przy katedrze – Kosmas żył „przy katedrze” praskiej) prawo to wtedy jeszcze nie obowiązywało, choć zastanawiam się, jak otrzymał święcenia kapłańskie (zbędne kanonikowi) w 1199. Nie zmienia to faktu, że upada tym samym mit klechy skrobiącego piórem gęsim po pergaminie, w zimnie, niemal zupełnych ciemnościach i samotności. Bożyciecha donosiła mu być może i światło, i strawę, a skoro dorobili się syna, to także dostarczała pociechy małżeńskiej, on zaś skupił się na spisaniu najdawniejszych dziejów czeskich, a przy okazji także całego regionu, w tym także polskich, za co jesteśmu mu wdzięczni, choć przedstawiał Polaków w świetle co najmniej nieprzychylnym. Warto posłuchać audycji Polskiego Radia poświęconej trzem kronikarzom krajów słowiańskich: Kosmasowi, Nestorowi i Gallowi. 

Rękopis Kroniki… Kosmasa tzw. budziszyński, przechowywany w Muzeum Narodowym w Pradze, można oglądać w internecie, dzięki Manuscriptorium. To cieszy, choć interfejs tego serwisu doprowadza do wrzenia krew. Dlaczego, bowiem, nie da się (a może tylko ja nie umiem) ustawić tak widoku strony, by oglądać całość karty? 

Manuscriptorium powstało w ramach projektu ENRICH – ma dzięki niemu powstać Europejska Biblioteka Cyfrowa Rękopisów. Koordynuje go Czeska Biblioteka Narodowa. W projekcie, którego efektem jest Manuscriptorium, biorą również udział polskie biblioteki. Warto poczytać o tym, czym projekt jest (w największym skrócie) i przyjrzeć się ankiecie na temat funkcjonalności dostępnych użytkownikowi. 

Podsumowując, robimy wielki projekt europejski, z którego korzystać jest naprawdę trudno, za to jest wolny od nacisków firm prywatnych i wypracowany autorsko. Szkoda, że staje się przez to nieprzyjazny. Z dwojga złego wolę więc Google Books i czekam, kiedy w końcu będę mogła tam przeglądać średniowieczne manuskrypty. Nie do przeceniania jest samo istnienie projektu, który – potencjalnie – może stać się olbrzymim konkurentem Europeany (oczywiście w swojej niszy…). Liczę na uproszczenie interfejsu użytkownika, bo inaczej naprawdę trudno korzystać z serwisu, przy jednoczesnym zachowaniu funkcjonalności. Ich bogactwo sprawia, że Manuscriptorium nie jest zwykłą rozrywką dla niekiedy nudzących się internautów, szukających „czegoś do poczytania”, ale może służyć jako poważne narzędzie dla badaczy. Z pewnością w początkach pracy w Manuscriptorium przyda się zapoznać z plikiem pomocy (do czego zawsze gorąco zachęcam, mówiąc przyjaznym głosem „RTFM”) i być może mój błąd na starcie korzystania z serwisu polegał na tym, że sama tego nie zrobiłam. Wyszłam jednak z założenia, że jeśli ja sobie nie poradzę, to inni, mniej zaawansowani użytkownicy też będą mieli problemy. Tym bardziej będą mieli problemy. Ciekawa jestem, jak to będzie naprawdę. 

Biorąc to wszystko pod uwagę, będę (z dużym samozaparciem) przeglądać zasoby Manuscriptorium (od czasu do czasu). 

Teraz zaś, by się uspokoić, obejrzę zasoby Cyfrowej Biblioteki Gallica, której rozwój (w tym także zmiany interfejsu) obserwuję odkąd powstała. 

Popatrzę na cokolwiek, tylko po to, by swobodnie przechodzić między widokiem pojedynczej karty i widokiem mozaiki. 

Zastanowię się tylko, czy mam tu, podobnie jak w Google Books lub w Manuscriptorium, możliwość czytania tekstu transliterowanego i w tłumaczeniach (co daje Manuscriptorium), o ile są takie podłączone. 

 

Korzystałam z Wikipedii (wiele haseł), słownika czeskiego online, cyfrowej biblioteki bawarskiej (przepiękna, jakże prosta prezentacja najcenniejszych obiektów w tej bibliotece – suwaczek przesuwamy, a książki śmigają, gdy się w nie kliknie, przechodzi się do wybranej), zasobów własnych wyuczonych, Google Books, Francuskiej Narodowej Biblioteki Cyfrowej Gallica i czeskich biografii on-line.

LinkedInShare

Gra od dwudziestu lat…

Zbieram kilka myśli, które przez ostatnich dwadzieścia lat obsiadły mnie przy okazji WOŚP. Nie jestem znawcą, jestem zwykłą obywatelką tego państwa, niezbyt zainteresowaną polityką, niespecjalnie zorientowaną w wydarzeniach bieżących kraju, ale obserwującą społeczne zmiany i reakcje.

WOŚP jest ruchem niezwykłym w kraju, w którym jeden człowiek boi się pomagać drugiemu. Nie na odwrót – choć również boimy się przyjmować pomoc, ale przede wszystkim pomocy nie oferujemy innym, obawiając się, że potraktują nas jak idiotów (kto pomaga? idiota), że nasza pomoc zostanie odczytana nie jako bezinteresowny akt dobrej woli, lecz usiłowanie uzyskania korzyści drogą wyłudzenia, przy posłużeniu się zasadą wzajemności (ja pomogłem, teraz ty pomożesz). U nas panuje nieufność, podejrzliwość. WOŚP temu zaprzecza – pomagamy, szczycimy się tym, nie ukrywamy, lecz z dumą przyklejamy do ubrań czerwone serduszka krzyczące: „Pomogłem!”, „Pomogłam!”. To olbrzymi wkład WOŚP w przemianę społeczną w Polsce.

WOŚP jest ruchem niezwykłym w kraju, w którym ruchy społeczne zawsze były związane z walką lub wolnością. To nie jest „powstanie”, to jest „solidarność”, której obce są wszelkie przełożenia polityczne – to solidarność w tym znaczeniu pojęcia, które miał ruch „Solidarność” w pierwszych chwilach powstania. WOŚP zaprzecza hipotezie, jakoby Polacy jednoczyli się wyłącznie w chwilach zagrożenia państwa, utraty wolności czy konieczności walki za „nich” i za „nas”. WOŚP pokazuje, że Polacy potrafią się jednoczyć, potrafią działać wspólnie nie tylko w co 30-40 lat wybuchającym zrywie niepodległościowym, wykrwawiającym naród (ostatnie dwa słowa z dużą, bardzo dużą ostrożnością piszę i tak też proszę je czytać), lecz umieją działać systematycznie, stale, coraz bardziej efektywnie. Orkiestra z roku na rok rośnie, osiąga coraz lepsze wyniki, wolontariuszy jest coraz więcej. Nie wygasła po roku, jak samozwańczy prorocy sobie życzyli, lecz gra, coraz głośniej. To oczywiście nie podoba się wielu, bo grając coraz głośniej, wzbudza też coraz głośniejsze ataki. Otóż zgodnie z naszą tradycją Orkiestra powinna była zagrać raz, dwa razy niepostrzeżenie, za trzecim razem wystawić armaty po pradziadach, wystrzelić salwę i dać się rozstrzelać. Komu? Nieważne… Zawsze znajdą się chętni, którzy chcą strzelać. Pamięć po WOŚP zostałaby otoczona nimbem, a Jurek Owsiak trafiłby na patriotyczne sztandary, jako kolejna ofiara antypolskich knowań. Fantazjuję. WOŚP kłuje w oczy tym, że ciągle jest, w kraju stałej prowizorki, metody ad hoc jako głównej metody działania i braku planowania oraz zarządzania, i tym kłuje także, że celem jej działania nie jest mityczna „wolność”, ale wolność faktyczna.

WOŚP jest ruchem, który pozostawia wolność wyboru, a nie walczy za „wolność”. Wolność wyboru szpitala, wyboru sprzętu – to cel działania Orkiestry, dzięki której sprzęt trafia do rozmaitych miejsc, zapełniając mapę Polski. Orkiestra daje również wolność wyboru: dam – nie dam, odwołując się tym samym do wyboru indywidualnego jednostki: dam, znaczy, uczestniczę w tym wielkim ruchu; dali inni, ja też daję, jesteśmy wspólnotą. Nie dam – nie uczestniczę, nie należę do tej wspólnoty. Wybór taki jest jednym z fundamentalnych praw, które powinniśmy mieć – możliwość wyboru to potwierdzenie istnienia wolności. W tym znaczeniu WOŚP trafia do mnie chyba najsilniej: mogę samodzielnie zdecydować, czy chcę uczestniczyć w tym przedsięwzięciu, czy nie. WOŚP w niezwykły sposób przyczynia się do redefiniowania pojęcia „wolność” w kraju, w którym „wolność” zarazem znaczy tak wiele, jak i nie znaczy nic.
Co rozumiem przez ostatnie stwierdzenie? Otóż niosąc „wolność” na ustach, tę mityczną wolność, o której już wspomniałam, tę „wolność naszą i waszą”, jednocześnie odmawia się prawa wyboru jednostkom, przedkładając wolność zdefiniowaną przez zakładaną (bo niepotwierdzoną) większość nad wolność jednostki. A wolność „nasza” nigdy nie jest wolnością „waszą”. Wolność „moja” nigdy nie jest wolnością „twoją”. WOŚP, dając wybór, dam – nie dam, pozostawia ostateczną decyzję jednostce, potwierdza istnienie wolności.

WOŚP tworzy w Polsce ruch społeczny, tworzy nowe zasady więzi społecznych, nie oparte na patrzeniu w przeszłosć, ale w przyszłość. WOŚP nie nawołuje, byśmy „burzyli przeszłości ołtarze”, ale buduje ołtarze przyszłości. Siłą WOŚP jest jej pozytywny przekaz: budujemy, a nie niszczymy i w tym różni się od wielu ideologii, udowadniając zarazem, że nie jest ideologią (lub też nie wytworzyła ideologii, by być precyzyjnym). Nas, Polaków, uczy się od dziecka, że należy biec z karabinem lub wyobrażać sobie, że biegniemy, a Jurek Owsiak krzyczy na całą Polskę: „Róbta co chceta”. Nie odnosi się to bynajmniej do nawoływania do anarchii, lecz właśnie do owej wolności – róbcie co chcecie, bo jesteście „wolni”. Macie prawo decydować, co robicie, kim jesteście i nikt nie może wam nic nakazywać. Ale jeśli podejmiecie owo hasło, pamiętajcie, że idą za tym obowiązki, konsekwencje, przyjmując hasło WOŚP jako wasze, przyjmujecie też jako wasze zasady Orkiestry, a te są odmienne od proponowanych przez szkolne lekcje historii i religii, gawędy harcerskie przy ognisku, kazania księży w kościołach itd. (wiem, prowokuję, wiem, tendencyjne przykłady podałam). Inne, nie znaczy gorsze lub lepsze. Inne i nowe, bo tak budowanych więzi społecznych w Polsce nie było dotychczas.

WOŚP tworzy w Polsce nowe podziały społeczne oparte na tym, kto dał więcej i co zyskał. Kto dał większą ofiarę na WOŚP, a zyskał sławę trwającą tyle, co wypowiedzenie jego nazwiska w TV. Serduszko z numerem 1 staje się przedmiotem pożądania, przedmioty wystawione na aukcjach idą w ręce tych, którzy mogą sobie na nie pozwolić. Zaprzecza to idei równości, którą WOŚP, przekazując pieniądze na sprzęt medyczny, realizuje. Jednym słowem dzięki praktycznemu wprowadzeniu w życie zaprzeczenia idei równości, można równość realizować w praktyce. Trochę jest to przerażające, ale jednocześnie, niestety, prawdziwe (choć zdanie to brzmi banalnie, zostawię je, dla efektu). Powstaje struktura w typowo amerykańskim stylu, wdraża się najlepszy możliwy fundraising. Machnijmy ręką na to, że dobra najwyższe oferowane darczyńcom na WOŚP otrzymają najhojniejsi (czytaj: ci, którzy mogą sobie na to pozwolić; bo jak inaczej? Serduszko z numerem 1 miałoby być losowane między wszystkich, którzy wrzucili pieniądze do puszek?), zastanówmy się, czego to uczy nas, społeczeństwo.

WOŚP uczy nas zapomnianej nieco prawdy, że bogatsi mają się dzielić z biedniejszymi. W islamie tę prawdę podniesiono do jednego z filarów wiary. Jeśli nie dajesz jałmużny, nie jesteś prawowiernym muzułmaninem, a nie dotyczy owo rozdawnictwo wyłącznie bogatych, ale obejmuje swoim nakazem wszystkich. U nas trochę zapomnieliśmy o tym, że z bliźnimi należy się dzielić. Wydaje nam się, że kładąc parę złotych na niedzielnej tacy w kościele, dzielimy się – te parę złotych służy na utrzymanie owego kościoła, jego ogrzanie, zabezpieczenie przed kradzieżą, codzienny posiłek dla księdza itd. To nie jest dzielenie się, lecz podatek na utrzymanie instytucji, która jest nam potrzebna (nam, czyli tym, którzy jej potrzebują. Zaznaczam od razu, że ja nie potrzebuję, więc nie łożę). Paradoksalnie o tym, że należy się dzielić, przypomina nam internet, z każdego miejsca krzyczący „share, share” – „podziel się!”, ale to dzielenie, to rozdawanie dóbr niematerialnych (niematerialnych, bo wirtualnych), tymczasem apel twórców Wikipedii o tzw. donacje (brzydkie, niepolskie słowo, świadomie je stosuję) spotkał się z wieloma protestami jednostek (jak można tak żebrać o pieniądze na utrzymanie serwisu!). WOŚP przypomina nam, społeczeństwu, w niezwykle dosadny, indywidualny, bolesny sposób o tym, że się nie dzielimy, co więcej, uzmysławia niektórym z nas, że się nie dzielimy tym, co mamy, w ogóle i, że bogatsi stracili poczucie odpowiedzialności za biedniejszych, takie poczucie, które w islamie jest podstawą, filarem wiary.

WOŚP uczy nas dawania, ale uczy nas także uspokajania sumienia. Dałem – jestem dobrym człowiekiem, więcej nie muszę. Dałam – mam na cały rok spokój. Jak rozliczenie z fiskusem dla przeciętnego obywatela. Podsumowanie, opłata, zwrot nadpłaconego podatku, dziękuję, do widzenia. Tak samo z Orkiestrą. Niewiele słyszymy (może źle słuchamy?) o tym, co robi Orkiestra w ciągu roku, nie będziemy pamiętać już w lutym, by sprawdzić, czy coś się dzieje z Orkiestrą, czy nie, czy może moglibyśmy pomóc. Mobilizuje nas do dawania, do dobroci tylko w ten jeden dzień, gdy odbywa się styczniowy finał i szarpią nami emocje wieczornego światełka do nieba. A potem będzie spokój, na rok.
Trochę się to kłóci z twierdzeniem, że WOŚP robi coś przez cały rok, systematycznie – w długim wymiarze, społecznie tak jest, w wymiarze indywidualnym, w czasie jednostki, WOŚP jest wydarzeniem corocznym, wpisanym w kalendarz świąt ruchomych, jak Boże Ciało czy Wielkanoc, i jak wskazuje jej nazwa – pomoc „świąteczna”, nie codzienna. W tym upatruję pewną słabość WOŚP: uczy pomagać, ale uczy, że pomoc można realizować odświętnie, a nie w życiu codziennym.

Jednocześnie WOŚP nas od lat wychowuje. Dzieciaki, które ganiały z puszkami 20 lat temu, dziś organizują lokalne imprezy. Dzieciaki uratowane dzięki sprzętowi zakupionemu w pierwszych finałach, dziś biegają same z puszkami. Sprawdza się tu zasada wzajemności, a ponadto dla dzieciaków z puszkami sprawa nie zaczyna się w styczniową niedzielę rano i nie kończy wieczorem tego dnia, jak jest dla dających (o czym pisałam wcześniej). Muszą pamiętać, by się zgłosić, muszą zostać przeszkoleni itd. Dla nich jest to doskonała szkoła organizacji, szkoła współdziałania, szkoła uczenia się nawzajem w warunkach nieszkolnych. Ludzie wychowani na Orkiestrze 20 lat temu dziś już kształcą nowe pokolenie, które będzie wiedziało, że pomaganie innym nie powoduje, że tracimy twarz i stajemy się idiotą, pośmiewiskiem tłumów.

WOŚP przypomina nam także o tym, że jest jedyną (tak: JEDYNĄ) organizacją, która na taką skalę potrafiła poruszyć skamieniałe w sercach społeczeństwo polskie. Nie udało się to Caritasowi, nie udało się to Szlachetnej Paczce, nie udało się stowarzyszeniu Wiosna, nie udało się nawet Janinie Ochojskiej z PAH ani nawet pajacykowi.pl. Tylko kilka wymieniłam, a, co gorsza, nie mam danych, jak powodzi się akcjom organizowanym przez te fundacje i stowarzyszenia. To budzi zazdrość, ale i rodzi pytania: w czym tkwi fenomen Jurka Owsiaka i setek wolontariuszy, tysięcy ludzi dających pieniądze do puszek? W czym ja widzę fenomen?

  • Po pierwsze odwołuje się do każdego z nas indywidualnie.
  • Po drugie pozostawia możliwość wyboru.
  • Po trzecie daje coś w zamian i nie jest to po prostu satysfakcja (choć to godne) czy świeczka Caritasu na stole wigilijnym (ładna). Daje uczestnictwo w potężnym ruchu.

Krytyka WOŚP

Nie chcę rozwodzić się nad tym. Przede wszystkim nie orientuję się w finansach Orkiestry, nawet nie znam – i chyba nie chcę poznać – mechanizmów regulujących jej działanie wewnątrz. Nawet nie mam ochoty zastanawiać się, kto zarabia na Orkiestrze, kto, ile zyskał, ile Jurek Owsiak ma dzięki Orkiestrze majątku i tak dalej. Zaglądanie komuś do kieszeni jest bardzo amerykańskie, ale też w USA te kieszenie stoją otworem i jest to normalne; mnie nauczono, że, po pierwsze, za pracę należą się pieniądze, a po drugie, że nie należy sprawdzać, ile kto zarabia, tylko samemu pilnować swojej pracy. Uznaję, że to, co robi Jurek Owsiak – efekty jego pracy – jest dobre, ergo uważam, że należy mu się za to dobra płaca.

Ale nie. Przecież trzeba zadać pytanie, kto i ile ukradł. Nie wchodzę do sklepów, w których, jakoby dla mojego dobrego samopoczucia i mojego własnego bezpieczeństwa, muszę oddać na wejściu torbę lub plecak, bo sklep obawia się złodziei. Sklep uznaje mnie tym samym za złodziejkę i skoro w taki sposób do mnie podchodzi, to ja tam nie wchodzę. Podobnie nie zadaję się z ludźmi, którzy zamiast przyjrzeć się efektom choćby społecznym, o materialnych już nie pisząc, zastanawiają się, kto, ile ukradł.

Trzeba jeszcze pomyśleć o deprawacji młodych ludzi, którzy na uczciwych obywateli napadają, żądając pieniędzy – nieuczciwie zbierają, napychając sobie kieszenie pieniędzmi z puszki. Albo zbierają uczciwie, a potem nieuczciwie przywłaszcza sobie te pieniądze Jurek Owsiak. Zastanawiam się, jaki mógłby być procent tego przywłaszczania – ciekawe, czy taki sam, jak w społeczeństwie polskim?

A może to jest po prostu zazdrość, że nikomu innemu nie udało się tak porwać tłumów, jak Jurkowi Owsiakowi? Facet śmieszny, w kolorowych portkach, nie mówiący, lecz ryczący (szczególnie pod koniec dnia), nie ma nic wspólnego z powagą zbierania, z powagą ofiary, wspomagania. Trochę antybohater i jednocześnie łatwy cel ataków.

Wreszcie ostatnia linia krytyki: to państwo jest od tego, żeby zapewnić sprzęt konieczny do ratowania życia dzieci, a nie jakaś fundacja. Od tego mamy NFZ. Państwa nie wolno wyręczać w podstawowych obowiązkach. Otóż państwo nigdzie, w żadnym kraju, nie jest w stanie zrobić wszystkiego, stąd na całym świecie istnieje dobroczynność. Amerykańskie biblioteki, choć powinny były według takiego myślenia być powołane przez państwo (tak, wiem, są zasadnicze różnice między USA a Europą), noszą imiona swoich założycieli-fundatorów. W Europie Zachodniej także pojawiają się nazwiska fundatorów na sprzęcie medycznym czy w kulturze. Państwo opiekuńcze, realizujące wszystkie potrzeby obywatela, od kołyski (w tym kontekście od łożyska) aż po grób, skończyło się wraz z upadkiem tzw. komunizmu i chyba tylko sentymentom i nostalgii za poprzednim systemem jestem w stanie przypisać żądania, by państwo nadal je realizowało. Co ciekawe, te postulaty słyszę najczęściej od najbardziej zajadłych krytyków poprzedniego systemu, ale składam to na karb wybiórczej pamięci – pamiętam z tzw. komuny tylko to, co złe, a nie wiążę z komuną tego, co dobre (?). Mecenat prywatny, darczynienie, charytatywność – to słowa naszemu społeczeństwu znane tylko z zagranicznych filmów. Kto daje, ten głupi, bo sobie nie zostawia. Trudno się dziwić, że krytykuje się działanie na rzecz innych. Trudno się dziwić, że wymaga się od państwa, by to ono otaczało pełną opieką wszystkich – czym skorupka za młodu nasiąkła…

A jak to było ze mną? Jak ja, jednostka w tym społeczeństwie, które tak krytykuję, znalazłam się w spotkaniu z WOŚP?

  1. Gdy orkiestra się zaczynała, byłam w liceum. Byłam „celem”, to był ten wiek. Tymczasem podniosłam nos do góry, powiedziałam: ja nie jestem z „wami”. Co to dla mnie znaczyło to „wami”, to „wy”? Inni, nic więcej. Nie tacy jak ja, niesłuchający takiej muzyki jak ja. Radiowej Trójki nigdy nie słuchałam, w telewizyjnej „Kręciole”, na którą rzuciłam kilka razy okiem zachęcona przez przyjaciółki, nie znalazłam tego, czego szukałam, padały tam odpowiedzi skierowane niby do mnie, ale ja zadawałam inne pytania. Trudno się dziwić, że w szale młodzieńczej kontestacji akcję Jurka Owsiaka odrzuciłam. Tak było przez kilka lat – uciekałam przez koleżankami i kolegami goniącymi za mną z puszkami, bo byłam „inna” niż oni.
  2. Byłam już na studiach, gdy odbywał się finał bodajże piąty lub szósty. Czy ja wrzucałam wtedy grosz do puszki? Nie. Z domu nie wychodziłam. Kontestacja młodzieńcza zamieniła się w kontestację społeczną. W tym czasie byłam asocjalna, nie potrafiłam uczestniczyć w zbiorowych akcjach. Czy teraz potrafię? Wątpię.
  3. Na początku XXI wieku w czasie kolejnego finału musiałam tłumaczyć obcokrajowcom we wszystkich znanych mi językach, o co chodzi. Dlaczego dzieciaki z puszkami za nimi gonią i liczą, że do puszek wpadną euro. Wtedy po raz pierwszy zdałam sobie sprawę z tego, że idea WOŚP jest nieprzetłumaczalna na obce języki. Mogę opowiedzieć po angielsku, niemiecku czy po francusku, co się dzieje, skąd się wzięło, dlaczego, ale w żadnym z tych języków, a nawet po polsku, nie wytłumaczę, czym dla Polski stała się orkiestra.

Trzy etapy rozumienia (czy aby „zrozumienia”?), co to znaczy WOŚP. W wymiarze moim, indywidualnym zupełnie. I kilka myśli, jak pisałam, towarzyszących mi w tę świąteczną niedzielę styczniową, niewyczerpujących temat, ale dręczących mnie, szczególnie, gdy pół Polski daje, a drugie pół Polski czuje się w obowiązku powiedzieć, dlaczego nie daje i dlaczego nie wolno dawać.

Nawet dobroć potrafi nas podzielić. Nawet dobry, zbożny cel potrafi nas skłócić.

Ponieważ nadal jestem asocjalna, nadal nie lubię się przyłączać do jakiejkolwiek grupy i nie umiem współdziałać. Sposób mówienia Jurka Owsiaka do mnie nie trafia, denerwuje mnie wszechobecne „Sie ma”, wyślę sms. Taaaaak.

Screen Shot 2015-06-28 at 13.56.32

LinkedInShare